Przeprowadziliśmy długofalowe badania na ten temat. Zapytaliśmy 18-latków zaczynających wówczas studia, czy są szczęśliwi. Powróciliśmy do nich, gdy mieli po 30 lat i zapytaliśmy, jakich pieniędzy się dorobili. Ludzie, którzy zaczynając studia byli szczęśliwi, zarabiali większe pieniądze. Wzięliśmy pod uwagę wszystko, co mogło na to też wpływać: ich studia, pracę, zamożność rodziców, płeć.
Czy to znaczy, że nie pieniądze czynią nas szczęśliwymi, ale być może jest na odwrót?
Wywnioskowaliśmy z tego, że prawdopodobnie poczucie szczęścia ma pozytywny wpływ na sukces zawodowy. Przywołam teraz badania przeprowadzone wśród pracowników - bardziej szczęśliwi wydają się ci, którzy zajmują kierownicze funkcje. Zadowoleni pracownicy rzadziej też chodzą na zwolnienia lekarskie. (…)
Co czyni nas szczęśliwymi?
Bardzo ważne są społeczne relacje. Trzeba mieć bliskich, którzy się o nas troszczą. Według dostępnej nam wiedzy, jest to powszechne zjawisko. I dotyczy wszystkich społeczeństw, niezależnie od kultury.
Druga sprawa, to wybranie celów, według których organizujemy nasze działania. Ogromne znaczenie ma to, co robi się z czasem. Nie można go spędzać na nicnierobieniu. Ok. - podczas urlopu. Ale na dłuższą metę trzeba mieć w głowie jakiś cel.
Jaką rolę odgrywa religia?
Osoby wierzące są przeciętnie bardziej szczęśliwe. Nie znaczy to, bym namawiał do wiary. Ona nie jest konieczna. Ale sądzę, że zastanowienie się nad tym, dlaczego ludzie wierzący są bardziej szczęśliwi, może pomóc tym, którzy nie wierzą.
Wierzący mają często społeczne wsparcie w postaci swojego kościoła. Podzielają jakiś system wartości i znaczeń. Jest to im dane, mają więc łatwiej. Oczywiście, można sobie stworzyć własny system wartości, ale to wymaga pracy.
Poczuł się pan szczęśliwy, gdy magazyn „Time” nazwał pana „Doktorem Szczęście”?
To bywa krępujące w sytuacjach, gdy brzmi niepoważnie. Pojawił się u mnie reporter z innego magazynu, by zrobić mi zdjęcie. Poprosił, żebym nałożył buty klauna. Ja na to: „Zaraz, ale ja jestem naukowcem”. No tak, to druga strona medalu.
Co najbardziej pana zaskoczyło podczas prowadzenia przez 25 lat badań nad szczęściem?
Jedna rzecz – umiejętność ludzi do przystosowywania się. Nie doceniamy tego. Myślimy: „Rany, jeśli nie dostanę podwyżki, jeśli nie zdam egzaminu, jeśli nie zdobędę awansu, jeśli to czy tamto się wydarzy, będę nieszczęśliwy”. I pewnie tak będzie, ale potrwa to miesiąc. Po tym okresie większość osób wraca do poprzedniego stanu.
Myślałem kiedyś, że szczęście nadchodzi dopiero wtedy, kiedy osiągnie się wszystkie postawione przed sobą cele, kiedy zdobędzie się to, czego się pragnęło. Już w to zupełnie nie wierzę.
Jeśli zdobędę nagrodę – powiedzmy Nobla, dobrze? – to znaczy, że osiągnąłem cel. I wie pan, co będzie? Będę szczęśliwy przez jakiś miesiąc. Więc lepiej, bym miał nowe badania przed sobą. Bo największą przyjemność daje człowiekowi dążenie do czegoś i osiąganie nowych celów.
Zna pan bajkę o królewnie, która żyła długo i szczęśliwie? Poślubiła królewicza i co dalej? Pracowała jako wolontariuszka. Urodziła dzieci. Robiła rzeczy, które albo ją uszczęśliwiały, albo nie.
Don Mayhew
The New York Times
Czy to znaczy, że nie pieniądze czynią nas szczęśliwymi, ale być może jest na odwrót?
Wywnioskowaliśmy z tego, że prawdopodobnie poczucie szczęścia ma pozytywny wpływ na sukces zawodowy. Przywołam teraz badania przeprowadzone wśród pracowników - bardziej szczęśliwi wydają się ci, którzy zajmują kierownicze funkcje. Zadowoleni pracownicy rzadziej też chodzą na zwolnienia lekarskie. (…)
Co czyni nas szczęśliwymi?
Bardzo ważne są społeczne relacje. Trzeba mieć bliskich, którzy się o nas troszczą. Według dostępnej nam wiedzy, jest to powszechne zjawisko. I dotyczy wszystkich społeczeństw, niezależnie od kultury.
Druga sprawa, to wybranie celów, według których organizujemy nasze działania. Ogromne znaczenie ma to, co robi się z czasem. Nie można go spędzać na nicnierobieniu. Ok. - podczas urlopu. Ale na dłuższą metę trzeba mieć w głowie jakiś cel.
Jaką rolę odgrywa religia?
Osoby wierzące są przeciętnie bardziej szczęśliwe. Nie znaczy to, bym namawiał do wiary. Ona nie jest konieczna. Ale sądzę, że zastanowienie się nad tym, dlaczego ludzie wierzący są bardziej szczęśliwi, może pomóc tym, którzy nie wierzą.
Wierzący mają często społeczne wsparcie w postaci swojego kościoła. Podzielają jakiś system wartości i znaczeń. Jest to im dane, mają więc łatwiej. Oczywiście, można sobie stworzyć własny system wartości, ale to wymaga pracy.
Poczuł się pan szczęśliwy, gdy magazyn „Time” nazwał pana „Doktorem Szczęście”?
To bywa krępujące w sytuacjach, gdy brzmi niepoważnie. Pojawił się u mnie reporter z innego magazynu, by zrobić mi zdjęcie. Poprosił, żebym nałożył buty klauna. Ja na to: „Zaraz, ale ja jestem naukowcem”. No tak, to druga strona medalu.
Co najbardziej pana zaskoczyło podczas prowadzenia przez 25 lat badań nad szczęściem?
Jedna rzecz – umiejętność ludzi do przystosowywania się. Nie doceniamy tego. Myślimy: „Rany, jeśli nie dostanę podwyżki, jeśli nie zdam egzaminu, jeśli nie zdobędę awansu, jeśli to czy tamto się wydarzy, będę nieszczęśliwy”. I pewnie tak będzie, ale potrwa to miesiąc. Po tym okresie większość osób wraca do poprzedniego stanu.
Myślałem kiedyś, że szczęście nadchodzi dopiero wtedy, kiedy osiągnie się wszystkie postawione przed sobą cele, kiedy zdobędzie się to, czego się pragnęło. Już w to zupełnie nie wierzę.
Jeśli zdobędę nagrodę – powiedzmy Nobla, dobrze? – to znaczy, że osiągnąłem cel. I wie pan, co będzie? Będę szczęśliwy przez jakiś miesiąc. Więc lepiej, bym miał nowe badania przed sobą. Bo największą przyjemność daje człowiekowi dążenie do czegoś i osiąganie nowych celów.
Zna pan bajkę o królewnie, która żyła długo i szczęśliwie? Poślubiła królewicza i co dalej? Pracowała jako wolontariuszka. Urodziła dzieci. Robiła rzeczy, które albo ją uszczęśliwiały, albo nie.
Don Mayhew
The New York Times





































Jeśli nie masz jeszcze konta w serwisie Pozytywne.com, zarejestruj się